
Polska XX wieku to w dużej mierze kraj podbity. Pierwszych 18 lat to ciągle kraj pod zaborami. Po, trwającym 20 lat entuzjazmie z odzyskanej niepodległości, przyszła spektakularna klęska i brutalna okupacja niemiecka i sowiecka. Potem była, trwająca 40 lat, fasadowa niepodległość w ramach sowieckiego (a może rosyjskiego) imperium.
Po 1989 gdy zaczęliśmy na raty (określenie prof. Antoniego Dudka „reglamentowana rewolucja” pasuje tu znakomicie) odzyskiwać niepodległość oczywistym było, że będzie się to wiązało z zacieśnieniem stosunków z krajami Zachodniej Europy, z wejście do tworzonych przez te kraje po II wojnie światowej wspólnot: Unii Europejskiej i NATO.
Dla większości Polaków było też oczywiste, że powinniśmy się stać podobni do nich, do krajów tego „lepszego świata”. Ten „lepszy świat” wyobrażaliśmy sobie jako wolnorynkowy dobrobyt zwany u nas „kapitalizmem”. Nie chcieliśmy dostrzegać wad tego wyśnionego, wyidealizowanego „kapitalizmu”, przyzwyczajani do obronnej reakcji na komunistyczną propagandę mówiącą przez 40 lat o „zgniłym kapitalizmie”. Uważaliśmy, że Zachód to ostoja wartości opartych na chrześcijaństwie, gdzie tłumy ludzi korzystają z wolności religijnej. Wierzyliśmy, że panuje tam demokracja, wolność słowa, a ludzie są dobrzy, mądrzy. Chcieliśmy wierzyć, że oto następuje „koniec historii” i teraz będzie już tylko lepiej. Stąd też nasze, bezkrytyczne, przyjmowanie różnego rodzaju nowinek z Zachodu jako bezdyskusyjnych dogmatów. Przyjęliśmy, w sumie absurdalne, działania Leszka Balcerowicza jako konieczną ofiarę aby jak najszybciej zbudować „kapitalizm, który miał być przepustką do tego „lepszego świata”. Czekaliśmy na pochwały, na poklepanie po ramieniu nerwowo reagując na wszelkie głosy krytyki, a nawet na groźbę takiej krytyki (słynne teksty „a co o nas sobie w Berlinie czy Paryżu pomyślą”). Bezkrytycznie kopiowaliśmy rozwiązania polityczne nie oglądając się na polskie tradycje polityczne. To samo dotyczyło stosunku do historii i do tradycji, stosunku do chrześcijaństwa.
Polskość była przedstawiana jako coś wstydliwego, nienormalnego wręcz albo nawet coś groźnego jako zarodnik nacjonalizmu czy „wyssanego z mlekiem matki” antysemityzmu. Polski patriotyzm i polski katolicyzm stanowiły przeszkodę do budowy „nowoczesnego”, wzorowanego na krajach zachodnich, laickiego, świeckiego społeczeństwa.
Ważne jest też to, że ten „lepszy świat” przychodził do Polski poprzez Niemcy (również w postaci pieniędzy). Przez lata budowano więc bałwochwalczy stosunek do Niemiec jako do wzoru do naśladowania w każdej dziedzinie. Za nietakt uważano wypominanie Niemcom zbrodni popełnionych w czasie II Wojny Światowej.
Ten kanon myślenia został uformowany przez środowisko „Gazety Wyborczej” i jej Redaktora (celowo używam dużej litery, bo nie było to zwykłe stanowisko w jednej z gazet ale rola społeczna) Adama Michnika. Na tym, w skrócie polega kanon myślenia zwolenników Platformy Obywatelskiej i jej akolitów.
Z tych postkolonialnych kompleksów wynika też stosunek do tradycji PRL-u. PRL to w sumie sowiecka okupacja ale nie tak oczywista jak niemiecka na co zwracał uwagę np. Józef Mackiewicz „żaden Polak nie może być równocześnie Niemcem. Ale każdy Polak może być równocześnie komunistą” .Aleksander Janta – Połczyński zauważył, że „”nie jest to okupacja sensu stricte, a nawet termin zbrojny protektorat lub wasalstwo nie odpowiada (…) sytuacji. (…) Dobierają się do wszystkich dziedzin życia (…) zostawiając jednak cechy polskie i dbając oficjalnie o zachowanie pozoru narodowej odrębności tego procesu”. Z tą tradycją mierzą się ludzie, którzy mają za sobą krótszą lub dłuższą działalność w opozycji do PRL-u. PRL to dla nich trauma gdyż mając styczność z krajami Zachodniej Europy PRL był negatywnym wzorcem, czymś do czego nie chce się wracać. Stąd, wspomniany wcześniej, bezkrytyczny stosunek do wszystkiego co przychodzi z Europy Zachodniej, bo jest lepsze, bo jest wartościowsze. A to co polskie jest bezwartościowe, groźne, prowincjonalne, a w najlepszym razie, anachroniczne. Wielu ludzi opozycji zaczynało swoją publiczną działalność w strukturach społecznych i politycznych komunistycznego państwa. Działali jako członkowie PZPR lub tzw „stronnictw sojuszniczych” (ZSL czy SD). Ich też w którymś momencie zaczął uwierać gorset komunistycznego ustroju. Oni też chcieli podróżować, czytać książki zachodnich autorów, oglądać zachodnie filmy, słuchać muzyki, ubierać się modnie. Stąd akces części z nich do opozycji. A ci co pozostali w PZPR też chcieli, żeby PRL był bardziej „zachodni”. Te aspiracje próbował zaspokoić Edward Gierek ale skończyło się to katastrofą gospodarczą i jednak polityczną. Ale 10 lat później młodzi działacze PZPR bardzo ochoczo zaakceptowali zmiany przywracające w Polsce tak zwalczany „kapitalizm” (przyjmuję to słowo w potocznym znaczeniu). Ta komunistyczna przeszłość powodowała blokowanie rozliczenia się z PRL (brak lustracji czy dekomunizacji, powszechnego uwłaszczenia) nawet w sensie moralnym. To w konsekwencji doprowadziło do absurdu, że komunistyczny generał Wojciech Jaruzelski chowany był z wojskowymi honorami żegnany przez trzech Prezydentów już niepodległej III RP: Lecha Wałęsę, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego.
To co łączy postkomunistów i liberałów to aspirowanie do tego „lepszego” zachodniego świata z czym wiąże się niechęć do tradycyjnej polskości. Ta polskość to przeszkoda na drodze do nowoczesności. Polskość to według nich puste symbole blokujące otwarcie się Polaków na nowe idee, na nowoczesność. Ta polskość to jałowy antykomunizm, domagający się całkowitego w tym moralnego rozliczenia okresu komunizmu. Dla liberałów i postkomunistów antykomunizm jest prawie równoznaczny z faszyzmem. Polskość to też, wspomniane wcześniej, skojarzenie z nacjonalizmem.
Nacjonalizm to zło, bo jest według tej teorii wrogi wszelkim innym kulturom i narodom. Nacjonalizm to antysemityzm, a tym samym nacjonalizm to faszyzm. I znowu ten stosunek do tradycji, do patriotyzmu jako nacjonalizmu zbudował wcześniej wspomniany Redaktor Adam Michnik. Nie na darmo jego biografia ma tytuł „Demiurg”. Jego wpływ na sposób myślenia całej formacji liberalnej, na budowanie sojuszu z postkomunistami trudno przecenić.
Wrogość do katolicyzmu to kolejny element łączący liberałów i postkomunistów. Katolicyzm to tradycyjne myślenie, tradycyjne symbole i dlatego jest przeszkodą do budowy nowoczesnego społeczeństwa. Katolicyzm to moralność oparta na Dekalogu. To niewzruszone zasady moralne. Katolicyzm to służba społeczności czy dobru wspólnemu. Te zasady, które nie pasują do nowoczesnego społeczeństwa gdzie wartością jest relatywizm moralny i skrajny indywidualizm („cnota egoizmu”) a człowieka określa to co ma, a nie jakim jest człowiekiem. Katolicyzm jest słusznie uważany za jeden z elementów polskości.
Wszelkie wzory trzeba czerpać z Zachodu. Dlatego też tworzenie niepodległej III RP oparto na wzorach zaczerpniętych, często bezrefleksyjnie, z Zachodu lekceważąc polskie doświadczenia.
Dekalog to podstawa tradycyjnej rodziny, małżeństwa. Dla liberałów i postkomunistów aspirujących do nowoczesnej Europy tradycyjna rodzina oparta na jasno określonych rolach Matki i Ojca jest hamulcem na drodze rozwoju nowoczesnego społeczeństwa opartego na indywidualizmie, na braku zobowiązań. To w odczuciu aspirującego liberała czy postkomunisty „zaściankowość”, „ciemnogród” czy „parafiańszczyzna” świadczące o zacofaniu. Przyjęli więc oni dosyć łatwo „modernistyczne” i „postmodernistyczne” (z „post prawdą” włącznie) koncepcje opisane jako „płynna rzeczywistość”
Polskość to w skrócie nienormalność a Polska w tradycyjnym sensie jest dla liberałów i postkomunistów zagrożeniem. Czują się oni bezpiecznie pod rządami instytucji unijnych. Dla postkomunistów kojarzy się to z oswojonym i też bezpiecznym internacjonalizmem będącym przez 40 lat spoiwem tzw „wspólnoty socjalistycznej” i jej instytucji RWPG i tzw. „Układu Warszawskiego”.
Oglądanie się na Zachód rodzi potrzebę ciągłego uznania na Zachodzie. Charakterystyczne jest, wspomniane już wcześniej, stwierdzenie „co sobie o nas pomyślą?” „co o nas napiszą czy powiedzą?” Cały czas jest potrzeba abyśmy byli „poklepani po ramieniu” przez tych „lepszych” z Zachodu. To Zachód i jego opinia jest punktem odniesienia. Dlatego polska historia ma być kopią historii Zachodu. Musimy więc znaleźć w przeszłości momenty, za które musimy przepraszać (tzw „konwersja” posługując się terminologią Michała Łuczewskiego). Stąd wynika (poza innymi: politycznymi czy ekonomicznymi przyczynami) oskarżenie o współsprawstwo w Holokaustu, które wprost ma wynikać z polskiego antysemityzmu. Ale to również rozważania o polskim „kolonializmie” i panującym w Polsce „niewolnictwie” (np. „Ludowa Historia Polski” czy wypowiedzi Olgi Tokarczuk) I za to wszystko, wzorem państwa zachodnich i USA musimy się kajać i przepraszać. Nasze roszczenia jako kraju podbitego i skolonizowanego są przez to unieważnione a domaganie się np. reparacji od Niemiec jest, jak już wspomnieliśmy nietaktem oraz przejawem nacjonalizmu oraz są one unieważnione poprzez nasze grzechy antysemityzmu, oraz poprzez nasz „kolonializm” oraz zaprowadzone w przeszłości „niewolnictwo”.
Z tego wynika narracja nakierowana jest na deprecjonowanie polskości, polskiej tradycji, polskich symboli. Z tym łączy się deprecjonowanie katolicyzmu i Kościoła. W tym ostatnim propaganda stalinowska i liberalna wykazują zadziwiające wręcz podobieństwa.
Kolejnym polem łączącym liberałów i postkomunistów to deprecjonowanie rodziny, macierzyństwa czy szerzej rodzicielstwa. Dokonuje się to poprzez pochwałę zabijania płodów ludzkich zwane aborcją. Zabijanie płodów jest wręcz przedstawiane jako prawo człowieka,
Upowszechniane jest budowanie niechęci do ciąży, często nazywanej niechcianą. Ciąża i macierzyństwo to przeszkoda w rozwoju kobiety. Kobieta – matka, kobieta – żona to negatywne stereotypy propagandy nowoczesności. Do tego budowanie niechęci do dzieci jako kogoś (a może czegoś) co zakłóca spokój na wakacjach, w miejscu zamieszkania czy, jak ostatnio, na weselach czy innych uroczystościach. To też bardziej naśladownictwo Zachodu i postkolonialna chęć bycia „takimi jak oni”, a nie własna refleksja nad społeczeństwem, nad tradycją.
Te dwa nurty spotkały się w Polsce w latach 60-tych XX w. I to one wprowadziły Polskę w niepodległość dogadując się przy Okrągłym Stole.
A druga strona sporu to też kompleksy post kolonialne. Wychodzenie z niewoli rodzi chęć poszukania korzeni, poszukiwania własnej wartości, poszukiwania uznania. Stąd bierze się, czasami bezkrytyczne, gloryfikowanie własnej przeszłości, która musi być bez skazy. Przeszłość i zbudowane na niej „My” musi być lepsze od innych, szczególnie tych, którzy nas gnębili. Rosja jest oczywista, bo to ona była okupantem do 1989 i jest teraz wrogiem Zachodu (choć nie przez cały czas III RP było to oczywiste dla liberałów i postkomunistów). Gloryfikowanie tradycyjnej polskości rodzi nieufność dla modernizacyjnych nowinek idących z Zachodu. I tu „oczywistym” wrogiem stają się Niemcy, którzy nie rozliczyli się za krzywdy II wojny światowej. Niemcy, którzy aspirują do roli lidera w Unii Europejskiej pouczają Polskę i kolonizują ją gospodarczo i ideologicznie będąc nośnikiem wszelkich ideowych i ideologicznych nowinek przychodzących z Zachodu zagrażających naszej tożsamości. I dlatego są postrzegane jako imperialistyczny wróg. Inni, jak Francja, Wielka Brytania, a nawet USA też budzą nieufność, bo „Nas” zdradzili w Jałcie. Też są nośnikami nowych, rewolucyjnych idei, które mają rozłożyć moralnie i kulturalnie nasz Naród.
To Polacy mają być, być może ostatnimi, strażnikami prawdziwej Europy (przedmurze?) i jej chrześcijańskiego dziedzictwa.
Dlatego „sarmaci” (tak nazwę stronę tradycjonalistyczną) nieufnie patrzą na kulturę z Zachodu, szczególnie tę nowoczesną. Nieufnie podchodzą do prądów filozoficznych płynących z Zachodu. Dopatrują się w tym chęci dominacji, zagrożenia naszej tożsamości czy wręcz niepodległości.
Przedstawiciele obu stron patrzą na ludzi z drugiej strony z pogardą czy wręcz z nienawiścią. Liberałowie widzą w „sarmatach” ludzi zacofanych, niewykształconych, ksenofobów, którzy ośmieszają nas w oczach cywilizowanych ludów Zachodu a „sarmaci” widzą w liberałach kosmopolitów, ludzi wyzbytych wszelkich zasad moralnych, wręcz zdrajców, którzy gardzą Polską aby dobrze wypaść w oczach Zachodu.
Ciekawym polem konfliktu jest historia a właściwie źródła III RP.
Dla liberałów i związanych z nimi post komunistów PRL jest legalną, choć ułomną, państwowością. Stąd na to co się stało w latach 1989 – 1993 znaleziono określenie „transformacja ustrojowa”. PRL zarówno dla tych, którzy ją kontestowali (legalnie bądź nie) jak i dla młodszego pokolenia komunistów jest traumą. Nawet przedstawiciele władzy czuli się w kontaktach z Zachodem tymi gorszymi, biedniejszymi. Z tej traumy wywodzi się, wspomniane wcześniej, bezkrytyczne uwielbienie Zachodu.
Ciekawym zjawiskiem jest przyjrzenie się zjawiskom krytykowanym w historii przez liberałów. To na przykład zdecydowanie negatywna ocena powojennego podziemia antykomunistycznego czyli tzw „Żołnierzy Wyklętych” tu przyjmuje się UB-ecką narrację o bandytyzmie i antysemityzmie. Antysemityzm, rzekomo wyssany z mlekiem matki, przez Polaków to kolejna klisza liberałów. Akcentuje się wszelkie przejawy szmalcownictwa w czasie wojny i ekscesy antyżydowskie po wojnie. Antysemityzm jest również jedną z głównych osi krytyki przedwojennej Polski czyli II RP. We wcześniejszej historii akcentuje się rzekomy kolonializm (sic!) i niewolnictwo. To wynik chęci bycia podobnym do ludzi Zachodu również w ich traumach i samobiczowaniu. Większość społeczeństw Zachodniej Europy przeprasza za kolonializm i niewolnictwo a USA „tylko” za niewolnictwo i rasizm. Polska też musi mieć swój „kolonializm” (to np. Unia Lubelska), niewolnictwo (to pańszczyzna) oraz rasizm (to antysemityzm). Fakt, że Polska była przedmiotem kolonialnej polityki państw ościennych (rozbiory) jest bagatelizowany, albo wręcz pokazywany jako „kopniak modernizacyjny” dla zacofanej Polski dany przez nowocześniejsze monarchie absolutne (Prusy i Austria) czy modernizujące się samodzierżawie (Rosja). To wszystko jest robione z użyciem postmodernistycznego narzędzia zwanego dekonstrukcją co zostało ładnie określone jako „kseropostmodernizm” czyli bezrefleksyjne naśladownictwo modnych kierunków. Dekonstrukcja dotyczy również nowej interpretacji spuścizny polskiej kultury.
Dla „Sarmatów” III RP jest kontynuacją II RP. Dla nich ważna jest ciągłość państwowa Rządu w Londynie. PRL to okres zależności od Sowieckiej Rosji, to czas zaboru, to czas braku niepodległości.
Z tego wynika idealizacja II RP, cześć dla żołnierzy Września, żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i podziemia niepodległościowego po wojnie jako ostatnich żołnierzy niepodległej Polski. „Sarmaci” akcentują wielkość I Rzeczypospolitej jako wielonarodowej republiki będących starą, tolerancyjną (konfederacja warszawska) federacją (Unia lubelska i wcześniejsze unie z Litwą).
Ciekawy jest stosunek do „Solidarności”. „Solidarność” nieświadomie i odruchowo nawiązała do wzorów republikańskich, do Polskiego Państwa Podziemnego i innych konspiracji. Odruchowo też odwołała się do moralności katolickiej, do wartości płynących z Ewangelii a wyartykułowanych w nauczaniu papieża Jana Pawła II. Koncepcje człowieka, pracy, etyki, małżeństwa czy historii wypływały z katolicyzmu. Co ciekawe „Solidarność” nie odwoływała się wprost do demokracji. Demokracja miała być narzędziem do budowy „dobra wspólnego” jakim jest res publica rzecz publiczna. Na bazie takich refleksji u zarania III RP powstał w jej kręgu Obywatelski Projekt Konstytucji jako swoiste podsumowanie politycznej refleksji „Solidarności” jako politycznego ruchu. „Solidarność” nie deklarowała się jako ruch antykomunistyczny choć samo jej istnienie było jawnym przejawem antykomunizmu.
„Solidarność” jako ruch miała świadomość istnienia wspólnej przestrzeni jaką dzisiaj określamy Międzymorzem czy Trójmorzem (słynne Posłanie do Narodów Europy Wschodniej – niesłusznie zapomniany dokument, który powinien być fundamentem obecnie prowadzonej polityki zagranicznej).
„Solidarność” miała świadomość wagi historii. Stąd tak powszechne publikacje w prasie i w wydawnictwach „Solidarności” materiałów odkrywających tzw „białe plamy” w historii, i stąd tłumy na organizowanych przez „Solidarność” wykładach z historii Polski. Nawet w trakcie strajku nauczycieli organizowano dla uczniów wykłady z… historii Polski. Ten czas kilkunastu miesięcy to odkrywanie historii Polskiego Państwa Podziemnego, AK, IV rozbioru Polski w 1939 czy wreszcie trwałe zaistnienie w masowej pamięci Zbrodni Katyńskiej.
„Sarmaci” mają duży szacunek dla tradycyjnie pojmowanej kultury szczególnie tej romantycznej i staropolskiej oraz do tej tworzonej na Emigracji a w PRL „źle obecnej” lub w ogóle nieobecnej (np. Józef Mackiewicz, Sergiusz Piasecki, Józef Łobodowski, Ferdynand Ossendowski i inni). Tu preferowani są ci niezłomni dlatego też Czesław Miłosz czy Stanisław Cat – Mackiewicz a nawet Melchior Wańkowicz są traktowani z dużą rezerwą. Wyjątkiem są, uważani za niezłomnych, pisarze krajowi jak Zbigniew Herbert czy Jacek Kaczmarski. Kultura powinna być wsparciem dla budowy świadomości narodowej i nie zadawać zbyt wielu pytań krytycznych co do kondycji Narodu. Ale to temat do oddzielnych rozważań.
Ta oś podziału pomiędzy liberałami i postkomunistami, których może lepiej byłoby nazwać „modernistami” a tzw „sarmatami” jest chyba jedną z głównych przyczyn tak gwałtownego przebiegu sporu w Polsce. Warto przy tym zauważyć, że nie ma tu racjonalnej refleksji nad państwem i narodem ale oparty on jest wyłącznie na emocjach i kompleksach. Starałem się tu skrótowo ująć i zasygnalizować te elementy, które w moim odczuciu są najważniejsze. To na pewno temat do dalszej dyskusji i przemyśleń. Może stanie się przyczynkiem do pojawiającej się prób refleksji nad Polską wbrew toczącej się w Polsce „zimnej wojnie domowej”.
Tekst powstawał ponad trzy lata ale nie rości sobie ambicji do wyczerpania tematu. Jest efektem przemyśleń i pokazania kierunków do ewentualnej dalszej, opartej na badaniach, refleksji.
Wszelkie prawa zastrzeżone @ wlubelskim.pl | wLubelskim.pl
Kontakt:
redakcja@wlubelskim.pl Tel: 537 760 276
reklama@wlubelskim.pl
Tel: 667 796 420 , 531 837 899 ;
Polityka Prywatności